|
sobota, 12 maja 2012
Każdy gest może mieć wpływ
Nie żyje Szymon. Szukało go wiele osób, wiele osób kliknęło na FB i wzięło udział w wirtualnym poszukiwaniu. Przez dwa dni bagatelizowałam tę akcję, bo akurat zostałam przysypana zbyt wieloma podobnymi tematami i zaczęłam reagować nerwowo na widok kolejnych. Po niedługim czasie zaczęły pojawiać się komunikaty, że jeden znajomy weźmie udział w wydarzeniu, drugi znajomy weźmie udział w wydarzeniu, trzeci, czwarty, piąty... Co jest?! - pomyślałam - Jakaś impreza, gra miejska pod oryginalnym tytułem "Zaginął Szymon"? Czegoś chyba nie doczytałam. Zanim zerknęłam ponownie na to wydarzenie, zostałam zaproszona do wzięcia udziału przez osobę spoza kraju. I tylko dlatego, że spoza kraju, coś mi przestało w związku z tym pasować i w końcu się zainteresowałam w praktyce. No tak, znajomy, znajomy znajomych, kolega z klasy siostry, dawny chłopak kuzynki... Każde słowo, każdy gest, każdy mały nawet czyn, każda złotówka, czy każde choćby kliknięcie na FB jest naszym wkładem w tę rzeczywistość. Prawdziwym i namacalnym, a więc mogącym, mimo swojej ulotności, coś zmienić. Wierzę, ale zbyt często o tym nie pamiętam.
piątek, 11 maja 2012
Cel - pracowitość - konsekwencja
Wieczorna wyprawa do makdonalda okazała się bardzo przyjemna i praktyczna. Przy okazji - dowiedziałam się, że podobno powoli zazieleniają swoje logo, nie chcą już tak bardzo żółtego, żeby nie kojarzyło się ludziom z tłuszczem, tylko zieloniutkie ekozdrowiutkie. 1. nigdy nie usłyszałam, żeby ktoś przez całe życie o czymś marzył, coś chciał, coś planował, a na koniec powiedział - nic mi się nie udało, marzenia mi się nie spełniły. Być może z takimi ludźmi nikt po prostu nie rozmawia, i zapewne żyją dużo krócej (bo nie wierzę, że ktoś negatywnie nastawiony do życia, marudzący wiecznie, jest w stanie z taką psychiką dożyć 80 l., jakoś tak mi się wydaje, że pesymiści to schodzą na raka najdalej ok. 60.), niemniej zawsze czytam i słyszę - całe życie o tym marzyłem i oczywiście się udało. 2. Ilekroć mam kontakt z kimś, kto coś osiągnął (w dowolnej dziedzinie i formie), czy to rozmawiając, czy oglądając coś o kimś, czy czytając, zawsze docierają do mnie te same słowa, że najważniejsze jest, oraz że sukces udało mu się osiągnąć dzięki - JASNO OKREŚLONEMU CELOWI, DYSCYPLINIE, KONSEKWENCJI. Tu się czasem jeszcze pojawia PRACOWITOŚĆ, bywa że wymiennie, bo dla niektórych jest to tożsame z dyscypliną i konsekwencją. Jeśli ktoś takie podejście wyssał z mlekiem matki, to dla niego to oczywistości. Dla mnie były to oczywistości nie do końca uświadomione, które teraz nabrały największej wartości, bo słowa przerodziły się w praktykę. Przyjemne. Wniosek o PRACOWITOŚCI wypływa też z książki "Talent nie istnieje" Artura Króla. W skrócie - konkretne, intensywne ćwiczenia uczynią z nas mistrza w dowolnej dziedzinie. Coś w tym jest. I niewątpliwie wiąże się to z pracowitością i konsekwencją i oczywiście po pierwsze z wyznaczeniem celu. Mam znajomą, znaną od dziecka, która zawsze twierdziła, że jest totalnym beztalenciem i nawet kółka nie umie narysować. I że nie znosi dzieci ;) Ostatecznie od lat pracuje z dziećmi (i ma dwójkę swoją) oraz tworzy manualnie piękne rzeczy, i dla tych dzieciaków i dla siebie do domu. Ostatnio Jay-z machała u mnie pędzlem po płótnie na zmianę sama siebie przekrzykując "ojej, jakie to przyjemne" "ale ja nie umiem przecież malować" "ale mi się to podoba" "cholera, szkoda, że nie umiem malować" "naprawdę będę mogła namalować sobie u ciebie obraz?!" "tylko że ja w ogóle nie mam talentu"... Osobiście zawsze byłam z tych, którym mówili - masz dziecko talent. Dziecko myślało, że ma talent, ale nie zdawało sobie sprawy, że równocześnie ma zablokowaną kreatywność. Dziecko nie wiedziało także, że talent nie talent - ćwiczyć trzeba, żeby umiejętności się zwiększały. Uważało, że skoro ma talent, przecież, to od razu POWINNO umieć namalować Monalizę jednym ruchem ręki i to z zamkniętymi patrzałkami. Dziecko już w wieku późniejszym wkurzyło się więc i postanowiło porzucić swoją tfórczość. Porzuciło. Na lat kilkanaście. Po latach już nie dziecko odkryło, że pod wpływem różnych zmian w życiu, nie tylko przestał boleć kręgosłup, poluzowała się przepona oraz żyje się przyjemniej, ale także odblokowała się kreatywność. Mózg sam zaczął produkować obrazy, które oczywiście od razu trzeba uwiecznić. No i już nie dziecko maluje sobie teraz, mając gdzieś czy ma talent, czy nie, bo po prostu to lubi. Bo ładne:
czwartek, 10 maja 2012
Zgłoś pretensje fejsbukowi
Ależ mnie boli... wszystko. Zmęczyłam się ostatnio. Zachciało mi się intensywnych prac ogrodowych, intensywnych treningów, intensywnych tańców z Panem Cieniem, intensywnych spacerków, a pogoda była... zupowa. Chciałam intensywnie, wszystko, to trochę pocierpię. Dzisiaj męczyło mnie nawet trzymanie pędzla. Taki objaw trochę jak z kacem i tupaniem kota.
Najbardziej podoba mi się punkt - TA OSOBA MNIE DENERWUJE. To jest głupia pipa, była kobieta mojego znajomego, która bardzo działa mi na nerwy - zaznaczam "denerwuje mnie". Moja siostra mnie wkurzyła - "denerwuje mnie". Eks nie oddaje kasy - "denerwuje mnie". Sąsiadka spędza wieczorami czas w sposób wkurzający - "denerwuje mnie". Pewna grupa, do której dodano mnie siłą produkuje makabrycznie dużo postów - "denerwuje mnie". I co? FB się z nimi rozprawia? Wysyła na terapię, robi pogadanki, czy po prostu odcina dostęp w jakiś bardziej przemyślny sposób niż zwykła blokada konta? Może powinnam na kimś przetestować. Tak sobie myślę, że coraz częściej ludzie okazują sobie poprzez niego swoje emocje, ale momentami już w jakiś absurdalny sposób. Afiszuję się niechęcią do ciebie, więc cię wywalę, albo - a teraz cię ukażę za to, co wczoraj zrobiłaś - wywalam cię. Przodują w tym wspomniana pipa i znajomy, którzy się non-stop godzą i nienawidzą co okazują na fb. Żenujące. I gówniarskie jakieś takie (mają ponad 30 lat). Swoją drogą w sumie może nie będzie w przyszłości potrzebna instytucja "ślubu" - przecież fejsbuk sformalizował już dawno temu ;) Ale czasem pokazuje fajne rzeczy. Oto ludzko-wodna zupa japońska: P.S. Miałam posiedzieć. Telefon. Ubieraj się jedziemy na szejka! <ale przecież ja nie chodzę do makdonalda, ojej jak dawno nie piłam szejka, hura!>
piątek, 04 maja 2012
ChillOut
Zauważyłam, że japonki w lato mnożą się w domu tak samo, jak chusteczki higieniczne w zimę. Największy Pająk Na Świecie tka coś za oknem. Zastanawiam się, czy już go pyknąć, czy niech jeszcze trochę potka, i dopiero wtedy go pyknę. Obawiam się, że gdy wrócę po weekendzie, to będę mieć za oknem naturalną moskitierę. Tyle że ta prawdziwa nie przechowuje na później much. W nocy z soboty na niedzielę będzie niezwykły Księżyc - znajdzie się w perygeum, czyli miejscu najbliższym ziemi. Na dodatek będzie to pełnia. Tym samym będzie ogrooomny. Oj będzie wycie. Reklamodawcy od chipsów nie przewidzieli, że latem wśród reklam są także te kostiumów kąpielowych. Puszczona takowa bezpośrednio po tej z chipsami raczej nie spowoduje wzrostu konsumpcji, przynajmniej wśród kobiet. O matko ile ja mam sandałów! (sandały to coś innego niż japonki) Uświadomiłam sobie, że w moim otoczeniu mam kolejną bratnią duszę (dusza też sobie uświadomiła, żem jej bratnia), niestety mieszka daleko na obcej ziemi. Dusza ta jednak kojarzy mi się ze słońcem i byłam przekonana, że widujemy się zawsze, gdy jest ciepło. Ale wyprowadzono mnie z błędu - ostatnie spotkanie było w listopadzie. Najwyraźniej wnosi słońce do mojego życia. Tak czy siak raźniej mi się zrobiło, że bratnia i w ogóle. Możemy uwieczniać głos, dźwięk i obraz, a wdychając ostatnio niesamowite zapachy kwitnących drzew, miałam potrzebę zatrzymać ich zapach. Przypomniało mi się "Pachnidło". Zapachy więc kolekcjonuję na razie w głowie. Postanowiłam wybyć dzisiaj na "odsłuchy śpiewów ptaków majowych", które potrwają zapewne do niedzieli. Ptaki majowe przy świetle tego sobotniego księżyca to będzie coś.
czwartek, 03 maja 2012
Refleksja przychodzi po latach
Gdy kupuje się samochód to po to, żeby jeździł. Jeśli po jakimś czasie większość roku spędza w warsztacie, to mija się to z sensem posiadania takowego pojazdu, bo pożytku z niego żadnego, tylko stres, wydawana kasa i dylemat co z tym fantem zrobić. Utknęłam raz w czymś takim. I jeżeli teraz widzę podobne zachowania u znajomych, to aż chce się im powiedzieć, że nie warto. Że szkoda czasu. Że co ma być, to i tak będzie. Że na tym etapie zapętlenia, to nic nie wskurają, a już na pewno zbyt wiele stracą. Bo przecież tracą. Ale gryzę się z reguły w język, bo wiem, że rzadko ma to sens. Że jeśli ktoś będzie chciał wiedzieć, albo będzie potrzebował rzeczywistej zmiany, to sam spyta, poszuka, znajdzie. Z drugiej jednak strony, sama kiedyś usłyszałam "ale to samo mówiłaś w zeszłym roku" i te słowa sprawiły, że na chwilę nabrałam dystansu i spojrzałam z boku na całość. Dotarło do mnie, że jest tu jakiś niepokojący constans, a ja tego już nie dostrzegam. Tyle że ja chciałam słuchać, lubię uczyć się od innych i wyciągnęłam z tych słów wnioski. Tak czy siak zauważam, że coraz częściej połykam swoje myśli zamiast je wypowiadać. Coraz mniej komentuję podczas rozmów. I jak na złość coraz więcej widzę - zależności, skutków, wniosków i coraz częściej wiem, jak to będzie dalej. Nikt tego nie wie? Jeśli ktoś jedzie od początku jakimś schematem, to jednak prawdopodobieństwo następnego konkretnego ruchu da się przewidzieć. Coś w tym jest, że pewne rzeczy trzeba przeżyć samemu, żeby zrozumieć, że ktoś miał rację. Ale nawet wtedy się pewnie o tym nie bardzo pamięta, nawet wtedy nie do końca chce się traktować czyjeś doświadczenia jako autorytet. My przecież zawsze wiemy lepiej, co dla nas w danej chwili jest lepsze, prawda? Refleksja odnośnie swoich uczuć i decyzji przychodzi często po długich latach, kiedy to już nie ma mowy o wprowadzaniu pewnych zmian. Wtedy dopiero, gdy nie ma już emocji, gdy w końcu poznaliśmy siebie, patrzymy w klarowny sposób na swoje życie. Nigdy nie zapomnę co powiedział kiedyś jeden znajomy. I nie chodzi o trwanie w "złym" związku, tylko jest to dla mnie przykład tego, że właśnie prawdziwa refleksja przychodzi późno. Mój 50-letni znajomy, który ma od iluś lat młodą fajną żonę i małe dziecko z nią, powiedział (mimo obecnej rodziny), że żałuje, że odszedł od swojej pierwszej żony, która go zdradziła, a on nie potrafił jej wybaczyć. "Teraz zachowałbym się inaczej". Daje mi to strasznie dużo do myślenia. Przy okazji, przeczytałam właśnie, że to głównie mężczyźni mordują swoje partnerki. Częściej także to mordowanie odbywa się... przypadkiem, bo wymyka się spod kontroli chęć np. pobicia. Zabijają najczęściej w wyniku uczucia bezradności. Kobiety natomiast mordują, a i owszem, ale rzadziej niż mężczyźni i na dodatek planują swoją zbrodnię. Na szczęście już wyrosłam z tak wielkich emocji. To też ciekawe, że pewne rzeczy po latach się stępiają. Stępiają, ale przede wszystkim teraz nie wpakowałabym się już w taką relację, która mogłaby mnie do tak skrajnych emocji doprowadzić. To nie znaczy, że czuję mniej albo gorzej, po prostu czuję mądrzej. Rozmawiałam z kimś o Miłości Życia. "A skąd ja mam wiedzieć, kto jest moją miłością życia, skoro mam przed sobą jeszcze wiele lat?".
środa, 02 maja 2012
Dobla dobla zupa z bobla
Kręcąc się wczoraj wokół domu - czyt. realizując ogrodniczy plan, momentami, będąc z przodu budynku od strony uliczki, siłą rzeczy uczestniczyłam w życiu okolicznej latorośli w wieku ok. 4-5 l. Latorośl prowadziła wiele interesujących dialogów, typu: No raczej, też myślę, że siusiaka to raczej nie zjadł, chyba. Ale aż zerknęłam z czyimi to poglądami się utożsamiam. W którymś momencie, przemieszczając się na przód domu zauważyłam, że jakaś latorośl zamienia się powoli w winorośl i wisi na płocie sąsiadów, a w zasadzie nie może się zdecydować po której stronie chce wisieć. W pierwszym odruchu się wzdrygnęłam "spadnie!", ale wyluzowałam stwierdzając, że eee ja przecież też właziłam w różne miejsca, dzieci tak muszą, niech sobie wisi. Ale po jakimś czasie, gdy wracałam, winorośl powiewała nadal. To nie. Poszłam sobie, ale po jakimś czasie realizując plan szwendacza ogrodowego przemieściłam się ponownie. Nadal wisi. A towarzystwo w wieku podobnym kibicuje obok. Zobaczyłam coś wypłowiałego w kolorze prawie piasku/ziemi wielkości 1,5 dłoni, osadzone w trawie sąsiadów. W sumie blisko mojego ogrodzenia. Z narażeniem na pożarcie przez pająki mieszkające między krzewami oraz późniejszą nerwicę pt. "oj, chyba coś po mnie chodzi" zeszłam prawie do podziemia, wpakowałam rękę przez ogrodzenie i przecisnęłam tyglysa na wolność. Potem poszłam po dziecko. W sumie dziwne, że najpierw ratowałam tyglysa a potem dziecko, ale chyba podświadomie czułam, że na odwrót się nie uda. A najbardziej zastanawia mnie to, że ani ja ani to dziecko, nie otworzyłyśmy po prostu furtki sąsiadów, która zawsze jest otwarta i nie weszłyśmy jak człowiek by uratować tyglysa. Widocznie wcale nie jestem taka dorosła. ...... Wieczorem do węchu i dotyku doszedł zmysł słuchu. Aż zastanowiłam się, czy to nie sztuczka pani refleksolog dokonana podczas ostatniego masażu stóp i głowy, że mi się te zmysły tak wyostrzyły. Niemniej z kompletem powyższych jest już naprawdę nieźle. Po skończonej (skończonej! mogę wyjechać!) robocie usiadłam po ciemku na świeżo umytym tarasie wyciągając mokre od wody stopy i gapiłam się na księżyc. Dawno nie było mi tak dobrze... Kiedyś strasznie to lubiłam. Nadal lubię!
wtorek, 01 maja 2012
Sennie Słonecznie Satysfakcjonująco
Trzech panów w ogrodniczym znalazło sobie wczoraj zabawę w straszenie mnie, jaka to ta pogoda będzie za chwilę straszna (nawet -4 w nocy w przyszłym tygodniu), a znajomy ogrodnik spotkany w tymże miejscu zaryzykował nawet, że ten ciepły tydzień to nasze lato. I już więcej nie będzie. Nie uwierzyłam, ale i tak przez sekundę powstała w mojej głowie mała panika przerodzona automatycznie w potrzebę wykorzystania każdego promienia tego słońca. Łaskawie nie poparzyło, choć na karku to może i zejdzie skóra. Myślałam, że zmysł węchu mi szaleje, dlatego chodzę jak na haju ze względu na choćby zapach powietrza. Ale chyba w ogóle coś mi się porobiło, bo stopień odczuwania pewnych rzeczy nieco mnie zaskakuje. Albo chwilowo coś mi się wyciszyło, a teraz wróciło ze zdwojoną siłą. Wczoraj urządzałam sianokosy - czyt. koszenie trawy, wertykulowanie (usuwanie suchej), grabienie. I w którymś momencie zrzuciłam klapki i delektowałam się dotykiem trawy. Chodziłam boso do końca dnia. Nie, nie udało mi się doszorować do końca stóp, choć bardzo oraz długo się starałam. Niemniej warto było. Chyba w tym roku Czarne Stopy będą na porządku dziennym. ..... "W Tatrach zjeżdżający ze szczytu na nartach żołnierz przewrócił się i koziołkując po stoku kilkaset metrów zderzył się z turystką idącą szlakiem. Kobieta spadła razem z narciarzem. Oboje zginęli na miejscu." ..... 4 godziny czilałtowania
niedziela, 29 kwietnia 2012
Witam w Kwiatkowie
Lato jest! Przywaliło od razu - tradycyjnie od paru lat - z grubej rury. Jestem zachwycona, w siódmym niebie, najsiódemnieczniejszym! Usiadłam przy komputerze tylko dlatego, że chwilowo nie mam na nic siły. Posiedzenie na miękkiej kanapie i wypicie kawy z laptopem na kolanach wydaje się najmniej wyczerpującym zajęciem. Bo nawet dłonie się opierają. Zaczęłam czytać książkę, ale wydała mi się bardzo ciężka, dosłownie wagowo, a moje dłonie ewidentnie się zmęczyły i nie mają siły jej trzymać. Piątek i sobotę do popołudnia spędziłam towarzysko, a potem, zamiast, jak przystało na sobotnie popołudnie i wieczór, spędzać je kulturalnie, bądź mniej kulturalnie, na zabawie i innych przyjemnościach, ubzdurałam sobie, że chcę NATYCHMIAST TU I TERAZ być otoczona kwiatami. A to już popołudnie. Kwiatów brak, czasu też jakoś nieszczególnie wiele. W efekcie - dwie wizyty w ogrodniczym, trzeci raz zamówienie przez telefon "przywieź mi jeszcze pelargonie i koniecznie białe surfinie! Jak to nie wiesz jak wyglądają?!". Wyszło, że jeśli czegoś już i natychmiast chcę to to robię, choćby nie wiem co. Chyba dociera do mnie, że czasem jestem bardzo niecierpliwa. Roślinność w ciągu ostatniego tygodnia po prostu eksplodowała. Przyrost 10 cm w kilka dni. A jedno z moich ukochanych drzew - wiśnia kiku shidare (to nie moje, bo moje jest na tle innych kwitnących i słabo wychodzi na fot., ale chodzi o taką piękność) - zakwitło dosłownie w ciągu dnia. Wczoraj jedząc śniadanie zerknęłam na nią - były zwinięte pączki. Po południu była już cała w kwiatach. Żeby nie było, że tak mnie zmęczyło sadzenie kwiatków. Nie, kwiatki nie męczą. Męczy targanie 17 worków 50 i 80 l, podrzucanie ich, wysypywanie z nich, kucanie, schylanie się etc. Tzw. trening siłowy. Wielogodzinny. Stałam się bardzo silna od kiedy tu mieszkam. W sumie mogłabym zmierzyć się z kimś teraz na rękę. Kiedyś przegrywałam, bo miałam ręce pozbawione mięśni i siły. Działały mi wybiórczo. Umiałam porządnie zaserwować w siatkówce czy podrzucić konkretnie piłką lekarską, ale wyrzucić do przodu palantową to była męka. Zmęczyłam się, ale mam 100 procent satysfakcji, buzia mi się cieszy i ciągle mam wrażenie, że nadepnę jakiegoś motyla, bo tyle ich dookoła. Postanowiłam zrobić też zielnik. Żeby przez całe lato mieć pod ręką w nadmiarze wszystkich listków, które uwielbiam. I żeby to lato było najbardziej aromatycznym ze wszystkich do tej pory. No i będzie niewątpliwie. Już jest. Coś mnie wzięło na te aromaty ostatnio. Może dlatego, że bardziej je zauważam. Że uświadomiłam sobie, że są tymi niuansami, które mimo że w formie znikome, to jednak tworzą atmosferę, czy to dania czy miejsca, czy człowieka (?!), którą osobiście pamiętam lepiej niż smak. Pamiętam zapachy miast, lokali, ludzi, roślin, rzeczy. Za słowem w pamięci pojawia się obraz, ale i właśnie zapach równocześnie. Uwielbiam to. A dzisiaj jestem już na jakimś totalnym odlocie. Jestem zakochana w tym powietrzu. Co roku tak mam. To jakiś naturalny haj, odpływam po prostu. Impreza 24 h. A o 8 rano miałam biegać. Na szczęście osoba towarzysząca też chwilowo zaniemogła, więc wyrzut sumienia nieco zmalał. Mam nadzieję, że jutro nadal nie będzie w stanie. Godzina muzyki. Oddaje trochę mój obecny klimat.
piątek, 27 kwietnia 2012
Papka
O tej porze (przed południem) raczej nie włączam tv, ale dostałam smsa, żeby to zrobić i kogoś zobaczyć. I przy okazji uruchomiła mi się awersja... Jestem obrażona na politykę i całą polityczną sferę w naszym kraju. Od dawna. Przelało mi się po katastrofie smoleńskiej. Nie jestem już, i nadal, w stanie oglądać żadnych programów publicystycznych, słuchać rozmów o polityce, nawet patrzeć na polityków. I w zasadzie opcja polityczna przestała tu mieć znaczenie (choć nadal przedstawiciele jednej drażnią mnie skrajnie, a przedstawiciele innych zdecydowanie mniej). Czy miałabym ochotę pogadać przy kawie z którymś politykiem nie spodziewając się rozmowy a'la papka? Palce jednej ręki wystarczą i pewnie kilka wolnych jeszcze zostanie. Chyba chętniej pogadałbym z niektórymi ze względu na ich osobowości, żeby poznać ich jako ludzi, niż jako polityków. Mam też awersję do tvn24 i do papki, którą momentami serwują. Próbowałam kiedyś (wielokrotnie) zliczać ile negatywnych treści serwują za jednym zamachem. Worek bez dna. Przymykany jedynie przez obowiązkowy blok reklamowy. Zauważyłam, że próbują momentami coś poluzowywać, ale wydźwięk całości i tak przestał mi odpowiadać. Kiedyś ta stacja mogła lecieć u mnie w tv przez cały dzień, teraz max kilkanaście minut. Wiadomości i do widzenia. A i to nie codziennie. Prezydent cały czas ten sam? Rząd nie upadł? OK, ciao! Mam awersję do mediów, w których następują w przerażająco szybkim tempie zmiany tabloidyzujące treść. Pracowałam wiele lat w mediach, więc mam szczególnie wyostrzony nos na takie rzeczy. Za szybko się to odbywa. Za szybko w pogoni za kasą następuje olewanie normalnych czytelników, których nie interesują plotki i wychowywanie sobie zidiociałych pokoleń o mentalności agrafki. Nie, przepraszam, niektóre agrafki potrafią być zawiłe ze względu na bardziej skomplikowane zapięcia. To może główka szpilki jest bardziej odpowiednia. Nie jestem wybitną intelektualnie jednostką, która oczekuje od mediów nie wiadomo jakich uniesień, oświeceń i mądrości. Jestem typowym odbiorcą, no, odrobinę bardziej wymagającym, bo przez nadmiar wszystkiego potrzebuję wyrazistszych treści. Ale jestem zmęczona. I to tak, że w naturalny sposób zrezygnowałam z jakiegoś fragmentu rzeczywistości a czas pokazuje, że po długiej przerwie nadal coś we mnie w naturalny sposób mówi NIE. Ale tak sobie myślę, że dobrze mi z tym, z tym uwolnieniem. Zdanie na pewne tematy jak miałam tak mam, sympatie i antypatie bez skrajnych zmian, najważniejsze osoby znam, a te co na chwilę najwyraźniej nie były godne uwagi, więc i ja nie muszę zaśmiecać sobie nimi głowy. W ogóle przestałam zaśmiecać sobie głowę. Nie zaglądam na żadne pudelki i inne srelki. Nie kupuję kolorowych pism babsko-telewizyjnych, choć w sumie nigdy tego nie robiłam, więc się nie liczy. Nauczyłam się nie musieć oglądać do końca filmu, który mi się nie podoba, albo przerywać czytanie książki, która mnie nudzi. Wyszłam raz z kina, bo film mi się nie podobał i nie wróciłam po przerwie na teatralny fotel. Urywam spotkania albo rozmowy, które mnie drażnią swoją pustką i kończę znajomości, które mi przeszkadzają. Usuwam z domu rzeczy, których nie używam i oddaję książki, których już nie będę chciała nigdy przeczytać. To się chyba nazywa porządek.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Powrót
Będę wkrótce siedzieć na tarasie drewnianego hoteliku bez ścian, gdzieś na środku Afryki (tak, NA ŚRODKU Afryki) i pijąc poranną kawę dobudzać zmysły widząc jak słonie i żyrafy, i oczywiście lwy (o mamuniu!) biorą pierwszy łyk ożywczej wody z pobliskiego wodopoju... Innym razem, w jeszcze niezbyt ciepły wieczór, wtulę się w miękką jasną skórę fotela samochodowego i pojadę tam, gdzie światła miasta... Zasnę z farbą na nosie, bo nie mogłam odpowiednio wcześniej przestać, by mieć siłę go umyć... Przymknę oczy i otworzę usta smakując aromat czerwonego ciężkiego wina a płomienie świec będą tańczyły delikatnie na wietrze... Przysnę z książką na tarasie podczas popołudniowej siesty, zmęczona intensywnością życia towarzyskiego nocy minionej, a próbujące się przebić bokami promienie słońca będą smyrały mnie po ramieniu... Zawiruję przy pomocy męskiej ręki w rytm argentyńskiego tanga, potem przyciśnięta, żebym nie uciekła... Usiądę między palmami w kwiecie lotosu i usłyszę ciszę ciepłym wiatrem zwaną... Nie nadążę rozmawiać... Nie nadążę się cieszyć... Nie nadążę milczeć, patrzeć i słuchać... Nie nadążę czuć i smakować... Tyle już było i wszystko jeszcze będzie.
środa, 25 kwietnia 2012
Tylko wrażenia?
"Rozmawiamy" sobie o przyjaźni. Innym razem o innych formach kontaktów, o emocjach, o uczuciach, o postrzeganiu. I cholera, ciśnie mi się tylko jedno na usta, oczy i utyka w głowie - zawsze, wszędzie, wszyscy i wszystko może się okazać tylko naszym zwodniczym wrażeniem. Dobija mnie to szczerze mówiąc. Ale chyba trzeba przyjąć to za fakt, być tu i teraz, nie wyobrażać sobie, tylko konsumować chwilę. To jest forma wolności właśnie. Totalna niezależność, także od swojego postrzegania. Najtrudniejsze jest jednak oddzielenie sfery myśli/pragnień/marzeń/skutków teraźniejszości w postaci uczuć i odczuć od tego co jest, by nie było splątane, by nie było zależne, by nie wywierało wpływu, presji. Byśmy nie dopowiadali, nie wybiegali w przyszłość równocześnie swobodnie sobie marząc. Kto to potrafi? Ja się ciągle uczę. Czy przyjaźń może brać się z powietrza?
Mam przyjaciółkę, z którą znamy się od 6 roku życia. W zasadzie to mam takie dwie. Przyjaźń po prostu jest. Ma tak solidne podstawy, że wiem, że będzie trwać do końca i mimo wszystko. Choć jakieś "mimo wszystko" w przypadku prawdziwych przyjaźni zdarza się raczej rzadko. I w przypadku prawdziwych ludzi tj. takich którzy są zawsze sobą. Na przestrzeni tylu lat zdążyłam dobrze je poznać. Ciepło mi się zrobiło. Na tym chyba m.in. polega przyjaźń, prawda? Że chce się z kimś spędzać czas? Ona, po tylu latach znajomości liczonej już w dziesiątkach (jej!) mówi coś takiego. To oznacza, że pewne rzeczy nie tracą z czasem wartości. Niemniej faktycznie i tak warto/trzeba o nie dbać i je pielęgnować. Sama po sobie też widzę, że gdy nie widzę kogoś z najbliższych przyjaciół, z którymi spędzam czas najczęściej, kilkanaście dni, o miesiącu już nie wspomnę, to zaczynam odczuwać swego rodzaju tęsknotę. Może to przyzwyczajenie komórek. A może duszy. Wiem, że przyjaźń można różnie pojmować, różnie do niej podchodzić. Ale z pewnością w moim przypadku sprawdza się jedno - czy często się z kimś widzę czy rzadko, to zawsze czuję się przy tych osobach tak samo dobrze. I musi być zaufanie, a także podpowiedź od podświadomości, że wiem z kim mam do czynienia. Wtedy nawet obcego mogę za przyjaciela uważać. Mam też wśród znajomych kogoś, kto twierdzi, że ja jestem jego przyjaciółką. Ja jego za przyjaciela nie uważam. Chciałabym chyba, ale jakoś podstaw mi brakuje. Średnio mu ufam i średnio mu wierzę, bo mam podstawy na to "średnio". Dla mnie przyjaciel to ktoś, do kogo mogłabym ot tak zadzwonić w każdej sprawie. I przede wszystkim przy kim nie czuję się obco. Przy nim czasem się czuję. Do niego w większości spraw bym się nie odezwała. On pewnie w tym miejscu powiedziałby, że to tylko moje wyobrażenia. Ale zawsze osoby są dwie i obydwie mają wpływ na sytuację i atmosferę. Mi po prostu coś nie gra i to nie gra w nim. On tego nie widzi i nawet nie próbuje dostrzec. No i co? Olać taką niby przyjaźń? Zostawić pewnie wszystko czasowi... Olewam już od jakiegoś czasu "przyjaźnie", w których ludzie ciągle by coś ode mnie brali. Bywało, że i materialne rzeczy także. Przepraszam, nie mam niekończących się pokładów energii, ciepła i słów, musi starczyć dla tych, których ja uważam za przyjaciół. Gdzie zaczyna się przyjaźń? Tam, gdzie zaczynam kogoś uważać za przyjaciela bo coś robi, jest jakiś czy po prostu bo tego chcę, czyli tam gdzie sobie to wymyślam? Czy przyjaźń bierze się z powietrza czy jednak z czegoś co jest w danym człowieku? Obstaję za tym drugim. Odpowiednie powietrze może pomóc, ale jeśli nie błyśnie w kimś jakaś przyjazna iskra zrozumienia, to nie ma siły, ja sobie przyjaźni nie wymyślę. Nie mogę też czuć się przy kimś obco. Powietrzem zasilana może być przyjaźń, która zyskała jakieś podstawy. Podstawą takowej nie jest dla mnie to, że ktoś sobie wymyślił, że jestem jego przyjaciółką. On być może ma podstawy, ja niekoniecznie. Czy przyjacielem staje się automatycznie ktoś na kim można polegać, a ktoś na kim nie można polegać przyjacielem być nie może? Dawno temu uważałam, że nie mam przyjaciół. I nie dlatego, że ludzi wokół mnie nie było. Byli. Ale w tym gąszczu prawie nikogo za kogoś bliskiego nie uważałam. Teraz mam ich wielu. Tak, zmieniłam się ja, ale zmienili się też przyjaciele. Niektórym pomógł czas, a niektórzy pojawili się w moim życiu, bo ich do tego życia świadomie zaprosiłam lub przyjęłam zaproszenia, ze wszystkimi ewentualnymi konsekwencjami. Czy przyjaciel może być nieprawdziwy skoro używamy określenia "prawdziwy przyjaciel"? Czy to kwestia nadużywania tego słowa, dlatego potem trzeba podkreślać prawdziwość pewnych przyjaźni?
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Narodziny
Mam cudowny dzień. Mam, bo jeszcze trwa, bo to przecież połowa. Wpadłam na chwilę do domu, a może na dłuższą, i łapię oddech. Dzień przebiega w 100 procentach inaczej niż było planowane od kilku dni, ale jestem zachwycona. Ostatni czas był dla mnie czasem wnętrza. Mojego, nie domu. Potrzebowałam. A dzisiaj już wiem, że się skończyło, że teraz będę na zewnątrz. Bo w środku już panuje jako taki ład. Najwięcej przemyśleń pojawiło się podczas konsumpcji dwóch kawałków rostbefu średnio upieczonego i obserwacji ludzi kręcących się dookoła. Najwyraźniej zabawa w "szczękę, która próbuje to cholerstwo odpowiednio pogryźć" poskutkowała rozgrzewką pewnych partii mózgu. Dzisiaj w ogóle jest miły dzień. Albo to ja czymś emanuję. Może tak bardzo dzisiaj jestem tu i teraz po prostu. Może się nigdzie nie śpieszę. Konsumuję każdy krok, każde spojrzenie, każdy gest, każde słowo, każdy uśmiech. Jeszcze bardziej niż zazwyczaj. A wszyscy się dzisiaj uśmiechają i śmieją. Wszyscy rozmawiają. Słońce? Spędziłam pół dnia pośród obcych ludzi, a czuję się jak po spotkaniu towarzyskim z przyjaciółmi. Może poczułam się odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu. Sobą. Napisałam wczoraj, że w zestawieniu z ludźmi łatwiej dostrzegamy swoją przemianę. Dzisiaj poczułam, że jestem wolna. WOLNA. Wreszcie. WRESZCIE! Że wszystkie moje relacje z ludźmi są zdrowe. Że nie tkwię w niczym toksycznym. Że nie mam dylematów. Że nikt mi nie zatruwa życia, nie pozbawia mnie uśmiechu. I tak już będzie. Nawet jeśli będą pojawiały się czasem chwile zwątpienia, albo znaki zapytania, to podstawa jest już nie do ruszenia. Jestem już po drugiej stronie. Tam, skąd byle co mnie nie zawróci. Coś poważniejszego także. Cieszę się, że dziś poniedziałek. Od jakiegoś czasu uwielbiam poniedziałki, tak samo jak wszystkie pozostałe dni tygodnia. A dziś cieszę się szczególnie, bo taki poniedziałek wróży mi doskonały tydzień. Chyba muszę to napisać - jestem szczęśliwa! Uwielbiam ten kawałek ostatnio. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
MEJLOWO
NAUKOWO
PUK-PUK, KTO TAM?
WIZUALNIE
ZDROWO
|